WP Ważny temat Partner edycji
WP Ważny temat Partner edycji Bella Happy

Recepta na ojcostwo

Partner edycji Bella Happy
Kochasz, dbasz, chcesz, żeby miały jak najlepiej. Chcesz być naprawdę dobrym tatą – ale czy wiesz, co to znaczy? Od czego zacząć, czego unikać? Razem z kilkoma mężczyznami, mającymi dzieci w różnym wieku, szukamy odpowiedzi na pytanie – jak być zaangażowanym ojcem? Zobacz, co na ten temat sądzą oni – ojcowie z różnym doświadczeniem, ale z tą samą chęcią bycia dobrym tatą.

Zaangażowane ojcostwo ma tyle twarzy, ilu jest na świecie ojców, którzy robią wszystko, by ich dzieci rozwijały się jak najlepiej. Chcą mieć z nimi dobre relacje, wspierać w trudnych chwilach i cieszyć się z nimi w tych dobrych. Można poszukać bardziej naukowych odpowiedzi na pytanie, co robić, by być zaangażowanym ojcem, ale my postanowiliśmy zapytać o to samych ojców, którzy na co dzień robią wszystko, by na takie miano zasłużyć.

Do rozmowy zaprosiliśmy czterech mężczyzn: Marcina, ojca 7-letniego Maćka i 11-letniego Marcela; Łukasza, ojca rocznej Amelki; Grzegorza, ojca 13-letniej Magdy; oraz Pawła, ojca 19-letniej Ewy, 14-letniego Witka i 10-letniej Marty.

Udało się zebrać ich wszystkich przed komputerami (bo spotkanie odbyło się online) w jednym czasie, co nie było łatwe, bo każdy sporo pracuje i ceni wolne chwile. Ale wszyscy uznali, że temat jest ważny i warto poświęcić mu trochę czasu…

Dajcie sobie czas

Zacznijmy więc od tego najważniejszego czynnika – czasu. Każdy ojciec ma inne możliwości i dla każdego godzina będzie miała różną wartość. Ile więc czasu powinien spędzić z dzieckiem zaangażowany ojciec?

- Jak patrzę na ostatnie prawie 20 lat, to odpowiedź jest jedna: jak najwięcej, chociaż im starsze są dzieci, tym mniej chcą tego czasu spędzać razem – mówi Paweł, ojciec 19-letniej Ewy i dwójki młodszych dzieci. – Z dziewczynami jest jeszcze trudniej, bo one w pierwszych latach trzymają bardziej z matką, ale potem to ja miałem większe szanse, mama zeszła lekko na drugi plan. Na początku byłem więc raczej pomocnikiem mamy, potem starałem się być równym wsparciem, a już pod koniec ogólniaka to zdecydowanie tato jest na topie – śmieje się.

Czy wynika to z tego, że im starsze dzieci, tym więcej czasu chcą spędzać z ojcem?

– To nie tak, że dzieci chcą – to raczej ojciec powinien chcieć – wyjaśnia Paweł. – Musiałem się nieźle nastarać, żeby córka chciała spędzać ze mną czas. Ale opłaciło się. Dziś codziennie rozmawiamy choć kilkanaście minut, córka do mnie przychodzi sama, nawet bez wyraźnego powodu, żeby pogadać chwilę. Oczywiście dalej ma swoje sprawy tylko z mamą, ale uważam to za największy sukces, że ma też swoje sprawy ze mną. Znam ojców, niestety wielu, którzy w ogóle nie mają kontaktu z kilkunastoletnimi dziećmi. A potem, gdy one dorosną, nie ma jak tego odrobić, nie ma szans.

Trzeba więc wykorzystywać każdą dostępną chwilę na budowanie relacji. Jak wynika ze słów ojców młodszych dzieci – każdy wiek daje inne możliwości.

Grzegorz, ojciec 13-letniej Magdy, dzisiaj najwięcej czasu spędza z nią, tłumacząc zawiłości świata. Przed pandemią Magda chodziła na wiele dodatkowych zajęć i to tato ją na nie woził. Mieli więc tematy do rozmowy, choćby na temat tych zajęć i tego, co się na nich działo.

– Tato jest często takim rodzinnym taksówkarzem, jak w moim przypadku – mówi Grzegorz. – To czasem nawet trochę irytujące, bo jak się ma więcej niż jedno dziecko, to właściwie cały tydzień gdzieś kogoś po południu trzeba podwieźć, przywieźć, poczekać… Spędzałem w samochodzie sporo godzin. Ale dzisiaj – w pandemii – widzę, że się opłacało. Bo to ja stałem się osobą, do której Magda przychodzi z pytaniami o lekcje, o wytłumaczenie różnych rzeczy. Czasem te proste pytania przeradzają się w długie rozmowy na jakiś istotny temat. Ostatnio na przykład przyszła z pytaniem o jakiś historyczny fakt, a rozmowę skończyliśmy na tym, do którego państwa należy Księżyc. Sam się przy okazji muszę nieźle poedukować – śmieje się.

Z młodszymi dziećmi jest jeszcze inaczej. Siedmioletni Maciek też sporo pyta, ale dla niego dziś najważniejszy jest świat klocków lego, kilku ulubionych kreskówek i spotkań z przyjaciółmi, których mu ostatnio brakuje najbardziej. Dla Marcina, jego ojca, to okazja do tego, by wejść w ten świat i przyjąć w nim rolę trochę starszego kolegi.

– Maciek bardzo potrzebuje interakcji z ludźmi, jest żywym chłopakiem, jak pewnie większość w jego wieku, i potrzebuje kogoś, kto będzie partnerem do zabawy. Gdyby nie pandemia, dom pewnie byłby pełen kolegów, a dzisiaj tę rolę przejmuję trochę ja, bo starszy brat – chociaż też jest i czasem uczestniczy w zabawach – ma już jednak swój świat i inne zainteresowania, jest bardziej „dorosły” – mówi Marcin.

Marcin dzieli więc swój czas między obu synów, starając się pamiętać, że każdy z nich jest inny i potrzebuje innego rodzaju „bycia”. – Starszy ma dziś więcej kolegów, z którymi może robić coś online, bo znał się z nimi wiele lat przed pandemią. W tym przypadku jest trudniej o jego uwagę, ale jakoś się udaje, przynajmniej rozmawiamy o jego różnych zajawkach, i to już uważam za sukces.

A ile czasu potrzebują najmłodsi? Nie ma jeszcze „zajawek”, nie ma zajęć dodatkowych, nie ma zainteresowań, które można dzielić z dzieckiem. Jest mama, która jest całym światem, i tato, który jej pomaga.

– Ja wiele teraz chyba jeszcze nie mogę – mówi Łukasz, ojciec rocznej Amelki. – Staram się więc być obok i pomagać żonie. Myślę, że zaangażowane ojcostwo odnosi się nie tylko do dziecka, ale też do matki. Zanim przyjdzie czas na wspólne wycieczki czy rozmowy, trzeba poświęcić czas na bardziej przyziemne aspekty opieki – na przykład mycie malucha czy zmienianie pieluch – dodaje. – Tu ukłon w stronę partnera artykułu, którym, jak wiem, jest producent pieluszek Bella Baby Happy. Przetestowaliśmy kilka marek i wyszło, że Bella Baby Happy dla nas są najlepsze. Dla mnie najistotniejsze, że łatwo się je nakłada, bo mają elastyczne uszy, a młoda się strasznie wierci. Takie to moje zaangażowane ojcostwo jest – zmienić pieluchę, zanim Amelka straci cierpliwość – śmieje się Łukasz. – No i przytulać, mówić, śmiać się.

W co się bawić?

W przypadku najmłodszych dzieci ojciec może się wykazać przede wszystkim w zabawie. To dla wielu mężczyzn jest jednak trudne. Z chłopcami jest trochę łatwiej, ale w co się bawić na przykład z 4-letnią dziewczynką?
Największe doświadczenie wśród ojców, z którymi rozmawiamy, ma Paweł.

- Trudno mi się było bawić z córkami na przykład lalkami, bo to nie mój świat, jednak zostałem wychowany w realiach, gdzie chłopcy nie bawili się lalkami i nie mam też takiej wyobraźni. Poszedłem więc w gry. Dzisiaj na rynku jest ich tak dużo, że można dobrać coś dla każdego wieku. Poświęciłem więc trochę czasu na znalezienie tych najciekawszych, przy których dziecko się przy okazji czegoś dowie lub nauczy. I znowu – na to trzeba czasu, trzeba wyszukać, a potem mieć czas, by grać, czasem nawet kilka godzin. To za każdym razem trudny wybór – praca, żeby mieć na te wszystkie gry, czy granie, bo przecież nie chodzi o to, żeby kupić gry i żeby one leżały na półce i się kurzyły.

A co, jak nie gry? Albo – co oprócz gier?

- Świetnym pomysłem było u mnie zaangażowanie starszego syna do opieki nad młodszym, gdy ten był jeszcze bobasem - wspomina Marcin. - Kiedy Maciek się urodził, Marcel miał już cztery lata. Niby nie dużo, ale dzielnie asystował przy przewijaniu i kąpieli. To było bardzo ważne, bo wykształciło w starszym bracie odruch opiekowania się młodszym. Dzisiaj to bywa różnie, ale widzę, jaka jest między nimi więź. To wspólne zmienianie pieluch się opłaciło. Ha, znów jest o pieluchach - śmieje się. - My też mamy dobre wspomnienia z Bella Baby Happy, tu muszę przyznać, że inni producenci wymiękli, a wiadomo, że jako rodzice przetestowaliśmy chyba wszystkie dostępne na rynku pieluchy.

Czas pieluch mija jednak szybko i pojawiają się inne wyzwania - już nie chodzi o to “w co się bawić” z dzieckiem, ale w co ono się nie powinno “bawić”.

– W końcu przychodzi czas, kiedy dzieciaki odkrywają komputer, wcześniej smartfon, i moim zdaniem nie da się tego w żaden sposób obejść – mówi Paweł. – Ja próbowałem i poniosłem klęskę. Chciałem odciąć najstarszą córkę od tych wszystkich gier, portali społecznościowych, seriali. I o mało nie skończyło się to bardzo źle – córka była wtedy już w wieku, kiedy neguje się świat dorosłych w całej rozciągłości, a ja jeszcze jej dołożyłem argument w postaci znacznych ograniczeń w korzystaniu z internetu, bo sądziłem, że tak jest dla niej dobrze. Nie tędy droga. To trudny temat i nie mam złotej rady, ale wydaje mi się, że lepiej odpuścić i szukać równolegle jakiejś drogi do podtrzymania relacji z takim nastolatkiem. Niech gra czy ogląda, ale może uda się ustalić godziny, w których uczestniczy w życiu rodzinnym – wyjedzie ze wszystkimi na weekend czy choćby zejdzie na rodzinną kolację, co w pewnym wieku jest już wyzwaniem.

Ojciec nastolatka, który chce być zaangażowany w relację z dzieckiem, nie ma więc łatwo. Jak dodaje Paweł – nie można stać się zaangażowanym ojcem po latach bycia obok. – Jak przez 10 lat nic nie robiłeś, to nie staniesz się nagle świetnym tatą dla piętnastolatki. Miną lata, zanim odzyskasz to, co straciłeś, o ile w ogóle ci się uda. Musisz być zaangażowany od początku. I chociaż zrobisz masę błędów, to i tak będzie lepiej, niż jak nie zrobisz nic.

Recepta na ojcostwo

Gdzie szukać recepty na bycie dobrym tatą? Dzisiaj jest łatwiej niż w czasach, gdy obecni ojcowie sami mieli ojców, którzy szukali wiedzy na ten temat. Pierwszym miejscem, gdzie zaczynamy szukać porad, jest zwykle internet, ale tam trzeba być ostrożnym, jak ze wszystkim, co jest opublikowane w sieci.

Pewniejsze są książki i – chociaż znów trzeba znaleźć na to czas – warto zajrzeć chociaż do kilku z nich. Przyznają to też ojcowie, z którymi rozmawialiśmy. Podajemy kilka przykładów pozycji, które są uznane za kanon wiedzy o ojcostwie czy rodzicielstwie w ogóle, a które podpowiadają uczestnicy naszego spotkania o ojcostwie:

  • „Dialog zamiast kar” – Zofia Aleksandra Żuczkowska.
    • „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – Adele Faber.
    • „"Nie" z miłości” – Jesper Juul.
    • „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od kolegów” - Gordon Neufeld, Gabor Mate.
    • „Mocni ojcowie. Mocne córki” – Meg Meeker

- Sam nie wpadłbym nawet na jedną dziesiątą tego, co przeczytałem – mówi Łukasz, który przebrnął przez większość tych pozycji. – Przeczytałem sporo, jeszcze zanim Amelka się urodziła. Momentami byłem w szoku, bo mnie wychowywano zupełnie inaczej. I chociaż nie sądzę, żebym był jakoś upośledzony, wiem, że gdyby mój ojciec przeczytał te książki, w wielu miejscach nasza relacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

Paweł, kiedy szukał drogi do serca i umysłu swojej nastoletniej córki – zapisał się na warsztaty dla ojców.

- Kilka spotkań, trochę książek i dużo rozmów. To dało mi chyba najwięcej – wspomina. – Chodzi o to, że dowiadujesz się, że nie jesteś odosobniony ze swoimi problemami, że inni też tak mają. To pomaga, można korzystać z tych doświadczeń, zwykle pomału zaczyna to działać.

- Jeszcze o jednym nie powiedzieliśmy – dodaje Grzegorz. – Zaangażowany tato nie jest solistą – jest jeszcze matka. Też trochę czytałem i sam widzę w naszym rodzinnym życiu, jak istotna jest współpraca obu rodziców. Nasza Magda wchodzi w wiek, który wszyscy określają jako trudny, ale on raczej będzie trudny dla nas, bo to na nas spoczywa obowiązek takiego postępowania, żeby córka przeszła przez ten czas, czując nasze wsparcie, chociaż będzie się na pewno opierać i buntować. Mam nadzieję, że razem z żoną damy jakoś radę.

Wszyscy przyznają, że niezależnie od tego, w jakim wieku są ich dzieci – nie zawsze idzie najlepiej.

– My tu tak się wymądrzamy, ale prawda jest taka, że każdy na co dzień musi wykonać swoją pracę, ogarnąć dom, różne sprawy i brakuje często sił i czasu. Bo jeszcze przecież dobrze jest być zaangażowanym mężem, być może także dobrym synem dla swoich rodziców, którzy też czasem potrzebują wsparcia. No i trzeba też jakoś zadbać choć trochę o swoje potrzeby. Nie jest więc łatwo, doba jest zdecydowanie za krótka – podsumowuje Paweł.

Na tym kończymy spotkanie. Każdy idzie do swoich obowiązków, bo te kilkadziesiąt minut rozmowy – choć dla wszystkich ważne i pouczające – sprawiło, że trzeba będzie odjąć trochę czasu z czegoś innego – może pracy, raczej nie dzieci, a najpewniej… snu.